redakcja | kontakt | prenumerata | reklama | Jestes niezalogowany  |  ZALOGUJ  

AKTUALNOSCI
ARTYKUŁY
BLOGI
ENCYKLOPEDIA
FORUM
GALERIA
KALENDARZ
KONKURSY
LINKI
RANKING
SYLWETKI
WYNIKI
ZDJĘCIA


Jeżeli nie widzisz tego filmu kliknij i odtwórz go bezpośrednio w portalu Facebook

Do Singapuru przylecieliśmy bezpośrednio z Wietnamu po pokonaniu tamtejszego maratonu w Sajgonie (Ho Chi Minh). Wylądowaliśmy o godzinie 16:00 w sobotę, więc do startu pozostawało nam zaledwie nieco ponad 12 godzin. Za mało by się wyspać czy zregenerować po podróży.

Singapur jest bardzo drogim krajem, zwłaszcza w porównaniu do Wietnamu, więc zależało nam na tym, by spędzić tutaj możliwie najmniej dni. Oszczędności szukaliśmy więc nie tylko w długości pobytu czy tanim locie na trasie Sajgon - Singapur, ale także na noclegu. Górnego limitu w hotelach nie znajdziecie, my jednak szukaliśmy najtańszego - ale jednocześnie ciekawego. I znaleźliśmy - nocleg w tzw. hotelu kapsułowym. Ciekawe przeżycie, choć nie mogę tego polecić każdemu. Trzeba przygotować się na swoiste ograniczenie przestrzeni - a to właśnie ona w tym kraju jest najdroższa...

Biuro Zawodów czynne było do 19:00, więc zdążyliśmy na ostatnią chwilę z lotniska. Już tutaj doznaliśmy po raz pierwszy tego, co spotykać nas miało przez resztę pobytu - całkowitego zaplanowania przez mieszkańców Singapuru każdego elementu aktywności. A poziom na który się wznieśli jest wprost niesłychany! Nie ma np. opcji by zawodnicy podchodzili do któregoś ze stanowisk ot tak - przed stanowiskami są barierki jak na lotniskach, które kierunkują kolejkę. Na jej końcu stoi "oficer" i rozdziela Was do konkretnych stanowisk.


Podobnie z wychodzeniem z lotniska. Przy każdym wyjściu stoi oficer i pyta dokąd chcielibyście się udać. Limuzyną? Taksówką? Busem? W zależności od odpowiedzi kieruje Was we właściwym kierunku. Nie ma opcji żeby odpowiedzieć, że "ot, tak sobie chciałem przy lotnisku pospacerować" - taka forma jest niezrozumiała, tutaj nie ma możliwości spacerów :-)

Po terminalu przylotów wędrują sobie autonomiczne roboty sprzątające. Taksówki są komunikowane i trafiają do oznaczonych boksów, i dopiero wtedy oficer kieruje pod wskazany numer pasażera. Każdy kanał pieszy jest zaplanowany, i jeżeli poszedłeś na busa, to nie przejdziesz skróconą drogą na taxi. Na busa się zapisujesz, i wchodzisz na numer. Wszystko zaplanowane, WSZYSTKO!

Nie inaczej jest w samym mieście, w którym gęstość zaludnienia to blisko 8000 osób na kilometr kwadratowy (Warszawa - 1900 na km. kw). Zaplanowany każdy chodnik, ciąg pieszy, przejście, przejazd. Komunikacja nadziemna, podziemna, publiczna, lądowa i wodna. To robi wrażenie, zwłaszcza gdy dodamy jeszcze zabudowę setkami drapaczy chmur tak zwartą, że zasadniczo mieszkaniec Singapuru może żyć nie oglądając nieba i nie wychodząc na dwór...


To miasto rzeczywiście jest już dziś miastem przyszłości. Choć nie oznacza to, że każdemu się spodoba. Swoją wielkością i rozwiązaniami może przytłoczyć, trudno też miejscami zrozumieć jego zawiłości. Którędy iść wielopoziomowymi chodnikami i wiszącymi eskapadami pełnymi wind, chodników, zakrętów by dojść do celu? Jak radzić sobie z przejściem na drugą stronę jezdni na której nie ma pasów, a bez pasów przechodzenie jest zabronione? Niestety trzeba iść, aż się gdzieś dojdzie :-)

Nocna droga na start (ze względu na pogodę zaplanowany przez organizatorów na 04:30 rano)zajęła nam około 45 minut. Całe szczęście policjanci przymykali oko na nasze wykroczenia - ruch uliczny był wręcz minimalny. Swoją drogą to ciekawe, gdzie podziały się wszystkie samochody w weekend - chodziliśmy wręcz po wymarłym mieście. To samo z przechodniami - prawie nikogo nie było, jak miejscami w jakimś post apokaliptycznym świecie...



Start odbywał się z linii mety toru wyścigów F1, to samo to już robiło wrażenie. Blisko 10 tysięcy uczestników maratonu (i kolejne 10159 uczestników półmaratonu) zgrabnie upchnięto w kilkunastu strefach czasowych. Sam start trwał... blisko godzinę. Mi oczekiwanie na start mojej strefy zajęło 24 minuty - co przełożyło się na godzinę finiszowania w pełnym słońcu. Zazdrościłem elicie, która zdążyła osiągnąć metę przed wschodem słońca!

Jako ciekawostkę dodam, że Kenijczycy zajęli pierwsze... 22 miejsca. Była ich tutaj ogromna ilość. Nie znaczy to jednak, że nabiegali jakieś świetne wyniki - zwycięzca miał wprawdzie 02:12:18 ale wspomniany z 22 miejsca - 02:39:56. Trzy godziny złamało 45 osób, a cztery - raptem czterysta z 9 tysięcy finiszerów. Choć trudno to dokładnie wszystko policzyć, gdyż pomimo iż start trwał GODZINĘ, to organizatorzy wyniki i tak ustalają wg czasów brutto dla wszystkich a nie tylko dla elity. Trudno więc powiedzieć które się zajęło miejsce gdy startowało się kilkadziesiąt minut po innych zawodnikach. Wtopa organizacyjna :-)



Inną niespodzianką był całkowity brak kibiców na trasie. Pomimo, iż biegliśmy zarówno przez ścisłe biznesowe centrum miasta, przedmieście i ogromne kompleksy parkowe. Kibiców naliczyłem może z pięćdziesiąt osób, i raptem trzy punkty kibicowania po kilka osób. Miasto totalnie wymarłe. Czyżby wszyscy na każdy weekend wyjeżdżali na Singapurską wieś? Niemożliwe :-) Niemniej nawet po maratonie w turystycznym centrum niemal nie uświadczycie żywej duszy, także w centrach handlowych. Może jakaś epidemia?

Technicznie maraton zorganizowany doskonale. Punkty z wodą i izotonikiem co 1.7 - do max. 2.2 kilometra - łącznie 22 punkty. To nie tylko ułatwienie ale i bezwzględna konieczność przy panujących warunkach pogodowych. W nocy było niesamowicie duszno i parno. W centrum miasta wieżowce zasłaniały niebo i powodowały, że powietrze po prostu stało w miejscu. Dopiero po wybiegnięciu poza miasto na 22 kilometrze łapie się oddech, ale... ale wtedy wschodzi słońce. Wystarcza mu 30 minut by wznieść się trochę ponad horyzont, i zaczyna nokautować.


Trasa ciekawa, świetnie zabezpieczona, a na mecie w końcu PIĘKNY MEDAL. Ogromny, prawdziwa ozdoba kolekcji każdego maratończyka. Na minus jednak organizacja samej mety - po jej przekroczeniu przez ponad kilometr trzeba iść zanim będzie można odpocząć. Nie można się zatrzymać, położyć, usiąść i złapać oddechu. Wszędzie beton, więc nawet gdyby wyłamać się z zakazu, to i tak nie ma ani gdzie, ani jak, I do tego brak cienia. Kolejne półtora kilometra trzeba iść żeby... żeby opuścić teren zawodów. Nie wiadomo którędy, bo wszędzie wokół albo autostrada, albo trasa zamknięta przez biegaczy, albo zakazy. Dopiero idąc za lokalsami znajduje się przejście w czymś w rodzaju galerii handlowej. Ciężko sobie poradzić, bo galeria i tak kieruje pod ziemię, a tam trudno się zorientować w kierunkach świata...

Maraton ukończyło 9307 osób, które zmieściły się w limicie 8 godzin. My zajęliśmy odpowiednio Michał 2235 miejsce z czasem netto 04:56:16 i Sławek 6087 miejsce z czasem 06:24:37. Zmęczeni ale szczęśliwi za dwa dni wracamy do Polski!

To był nasz ostatni tegoroczny maraton w ramach projektu 201races.com - próby przebiegnięcia maratonu w każdym kraju świata. Zapraszamy Was do śledzenia postępów na naszej stronie oraz na PROFILU FACEBOOK. Niedługo zamieścimy także podsumowanie pierwszego sezonu naszej próby. Do zobaczenia!




Komentarze czytelników - 2podyskutuj o tym 
 

Leonidas1974

Autor: Leonidas1974, 2018-12-09, 19:02 napisał/-a:
Michał i tak Cię podziwiam. Ja na każde zawody w kraju muszę pokonać szczyty. Bo moja połówka nie chce.

 

pawelzylicz

Autor: pawelzylicz, 2018-12-11, 19:26 napisał/-a:
Pozazdrościć! Piękna sprawa maraton w takim miejscu, warunki atmosferyczne może nie sprzyjały, ale pewnie zupełnie inna kultura. Podziwiam Waszą siłę chłopaki. Życzę Wam, byście zaliczyli wszystkie kraje na kuli ziemskiej! :)

 



Serwis internetowy EUROCALENDAR.INFO
post@eurocalendar.info, tel.kom.: 0512362174
Zalecana rozdzielczosc: 1024x768