redakcja | kontakt | prenumerata | reklama | Jestes niezalogowany  |  ZALOGUJ  

AKTUALNOSCI
ARTYKUŁY
BLOGI
ENCYKLOPEDIA
FORUM
GALERIA
KALENDARZ
KONKURSY
LINKI
RANKING
SYLWETKI
WYNIKI
ZDJĘCIA
Przeczytano: 2448 razy (od 2006-07-24)

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Żoliborski Bieg Mikołajkowy w Warszawie
Autor: Janek Goleń
Data : 2002-12-11

W niedzielę 8 grudnia 2002 r. po raz kolejny na Kępie Potockiej odbyła się plenerowa impreza sportowo-rekreacyjna, organizowana na zlecenie władz Żoliborza (z udziałem przedstawicieli tychże władz) przez Fundację Maraton Warszawski. Tegoroczny Żoliborski Bieg Mikołajkowy był zresztą pierwszą imprezą którego organizatorem była Fundacja, choć ludzi za nią stojących, m.in. Marka Troninę i Pawła Zacha, poznaliśmy już na tegorocznym 24. Maratonie Warszawskim. Marek był zresztą niestrudzonym komentatorem i, wraz z panią reprezentującą żoliborskie władze, zawiadowcą całej dość złożonej imprezy.

Pogoda było słoneczna i mroźna (ok. –10 stopni), wszystkie obiekty związane z imprezą w postaci namiotów i toj-tojów zorganizowano podobnie jak przed rokiem w „szczerym” parku w pobliżu Wisłostrady. Na jedenastą z minutami przewidziano bieg na 100 m dla przedszkolaków do lat sześciu – frekwencja kilkunastoosobowa, emocje szczególnie wśród rodziców ogromne. Trochę po dwunastej dla starszych dzieci bieg na dystansie 200 m (tu już było ze trzydziestu biegaczy). Po każdym z biegów miała miejsce dekoracja zwycięzców sięgająca nawet dziesiątego miejsca zarówno wśród dziewcząt jak i chłopców, w bardzo efektownej oprawie muzycznej (to chyba zasługa zajmującego się dźwiękiem Fredzia, no i oczywiście tradycyjnie odpowiedzialnego za prąd Mifora). Udekorowani zostali za miejsca zajęte w obu wyścigach synowie-bliźniacy Radka Wypycha. Poza biegami uczestnicy imprezy mogli spróbować jazdy konnej lub wziąć udział w skakanym wyścigu w mikołajowych czerwonych workach. Można było napić się także gorącej herbaty lub kawy oraz po biegu zjeść talerz grochówki lub ciepłego naleśnika z owocowym nadzieniem. Wszystko oczywiście za friko, bez żadnych opłat czy wpisowego.

Pojawiłem się na imprezie w stroju Św. Mikołaja, postanowiłem bowiem wczuć się w mikołajkowy klimat, ale potem miałem wątpliwości czy to był najlepszy pomysł. Na imprezie dosłownie roiło się od Mikołajów i był to właściwie strój służbowy organizatorów, więc co chwila ktoś mnie zaczepiał pytając o miejsce wydawania talonów na posiłek, bez żadnych wątpliwości żądał ode mnie wykonania jakiegoś prostego zadania organizacyjnego itp. Czułem się trochę jak szpieg w mundurze obcej armii, ale wcale się z tym nie kryłem - cierpliwie tłumaczyłem, że jestem tylko szpiegiem a nie organizatorem i nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Na dowód swojego szpiegostwa dobyłem swojego fotograficznego mikroaparatu i co chwila cykałem jakieś zdjęcie. Wtedy dopadły mnie mamy, że muszę koniecznie sfotografować w pierwszej kolejności ich pociechy a nie inne, a w ogóle co to za Mikołaj który niczego nie rozdaje?! Skruszony postanowiłem wręcz desperacko zamanifestować swoją mikołajową indywidualność jeszcze inaczej, biorąc udział w kolejnych dwóch biegach jako jedyny w kompletnym mikołajowym stroju. A co?

Przychodzi czas na trzeci bieg rozgrywany na dystansie 2500 m, czyli dwóch okrążeń parkowymi dróżkami i bezdrożami wyznaczonymi biało-czerwoną taśmą. To bieg open dla wszystkich chętnych, uczestników jest kilkudziesięciu. Jakieś sto metrów asfaltowej prostej wzdłuż zamarźniętego kanałku, zakręt w lewo i całkiem stromy podbieg po trawie pokrytej śniegiem. Zaraz potem zbieg w stronę namiotów „mikołajowego miasteczka", gdzie czyha na mnie z aparatem PAwel. Znowu podbieg w stronę Wisłostrady, na którego szczycie pilnuje porządku organizacyjny, „prawdziwy” Mikołaj w którym rozpoznaję Fredzia. Na następnym biegu zresztą gorąco współplemieńcowi dopingował. Dobiegam do asfaltowej alejki dość stromo opadającej łukiem do ostatniej prostej, na szczęście asfalt jest dokładnie odśnieżony i wysypany piaskiem (to z pewnością lepsze rozwiązanie od zeszłorocznego wysypywania dużych ilości soli, bardzo szkodliwej dla odzieży i obuwia). Mijam linię startu-mety, Marek coś tam o mnie przez mikrofon opowiada ale, cholera, nie mogę się zatrzymać i dłużej posłuchać. Ktoś klepie mnie w ramię - okazuje się że to Sebastian, praktykant w firmie w której pracuję, którego kilka dni wcześniej namawiałem do udziału w pierwszym biegu. Do tej pory grał dość dużo w piłkę kopaną i był pewien, że „z marszu” może przebiec maraton. Teraz biegnie 2,5 km i chyba już nie jest tego taki pewien. Ale dobrze że dziś przyjechał, a na dodatek zaciągnął kolegę.

W obawie przed mrozem ubrałem się na cebulkę (z siedem warstw rożnych ciuchów), do tego doszedł jeszcze dość ciepły fizelinowy czerwony strój i dosłownie ociekam teraz potem. Powtarzam okrążenie i zziajany, nałykany lodowatego powietrza przekraczam linię mety przegrywając finisz ze Zbyszkiem Duszyńskim. Te pół godziny przerwy do następnego biegu w przepoconym ubraniu na mrozie to bardzo ryzykowna, jak się później okazało, zabawa. Poszedłem do samochodu, zgubiłem ze dwie warstwy odzienia, zachowując wszakże czerwony kostium. Staram się być w ciągłym ruchu, rozgrzewać się. Jednak lekki poranny ból gardła zaczyna się nasilać...

Do ostatniego biegu najechało się jeszcze kilkunastu uczestników, w sumie w ostatniej gonitwie bierze ich udział kilkudziesięciu. Trasa taka sama jak poprzednio, tylko tym razem są cztery okrążenia. Znowu lodowate powietrze zatyka mi oddech, ale biegnie się nawet nieźle. Teren urozmaicony, nudno nie jest. Fredzio pozdrawia na każdym kółku. Wreszcie meta, szarpany finisz ze starszym, nieznanym mi wcześniej zawodnikiem ponownie przegrywam, na dodatek dłuższy czas nie mogę dojść do siebie. Ręce mi się trzęsą, trochę mną telepie, wychlapuję grochówkę w cieniutkim plastikowym pojemniku. Obiecałem rodzinie, że o trzeciej będziemy na urodzinach bratanicy w Mińsku Mazowieckim, więc zjadam zimnego naleśnika (nie ma czasu na podgrzanie na elektrycznej patelni) i ładuję się w mokrym ubraniu do samochodu... A wieczorem miałem już 40 stopni i ból gardła jak jeszcze nigdy w życiu. Sport to zdrowie, szczególnie w połączeniu z tradycją ;-). Ale tak prawdę mówiąc to sam jestem sobie winien. W sytuacji braku ciepłego pomieszczenia trzeba się było ograniczyć do jednego biegu, albo nawet w ogóle zrezygnować czując rano gardło.

A sama impreza bardzo fajnie zorganizowana, znakomicie nawiązująca do mikołajkowej tradycji, wciągająca nawet najmłodszych do sportowej aktywności. Szkoda tylko, że robiące ją z takim rozmachem władze Żoliborza nie organizują podobnych biegów także we właściwym sezonie biegowym, trwającym od wiosny do jesieni. Wtedy może moja roztropna małżonka pozwoliłaby mi zabrać potomstwo na imprezę. I tak dobrze że powalony anginą leżę tylko ja, a mogła leżeć cała trójka ;-)



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał




Serwis internetowy EUROCALENDAR.INFO
post@eurocalendar.info, tel.kom.: 0512362174
Zalecana rozdzielczosc: 1024x768