redakcja | kontakt | prenumerata | reklama | Jestes niezalogowany  |  ZALOGUJ  

AKTUALNOSCI
ARTYKUŁY
BLOGI
ENCYKLOPEDIA
FORUM
GALERIA
KALENDARZ
KONKURSY
LINKI
RANKING
SYLWETKI
WYNIKI
ZDJĘCIA
Przeczytano: 1605/1106299 razy

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:10/2

Twoja ocena:brak


Azjatycka przygoda - River Kwai International Half
Autor: Mikołaj Suska
Data : 2019-03-08


Na początku chciałbym przeprosić za publikowanie relacji z tak dużym, bo aż półrocznym opóźnieniem. Na szczęście zapisy na tegoroczną edycję opisywanego biegu są wciąż otwarte. Ponadto w tym roku dojdzie nowy dystans – Ultra Half Marathon 38 km.

Pomysł na bieg w tak oryginalnych okolicznościach przyrody, jakimi był nasz wspólny start w River Kwai International Half Marathon, narodził się spontanicznie. Szukaliśmy kierunku zagranicznej wycieczki, starając się, aby było egzotycznie, ale nas nie zrujnowało ;) Jednocześnie sprawdzaliśmy, czy w interesującym nas czasie, tj. pierwszej połowie września, w branych przez nas pod uwagę miejscach nie są organizowane jakieś ciekawe biegi.

I tak natrafiliśmy na informację o River Kwai International Half Marathon.

Tajlandia od początku była jednym z faworytów, a znalezienie przez nas biegu, którego data i miejsce idealnie wpasowały się w plan potencjalnej wycieczki, przeważyły szalę. Swoją drogą, najpierw kupiliśmy pakiety startowe, a dopiero później bilety na samolot.


Mieliśmy pewne obawy przed startem w nieznanych nam warunkach klimatycznych, toteż rozmyślnie zaplanowaliśmy wyjazd tak, aby przed biegiem przez około 2 tygodnie się aklimatyzować. Był to na pewno dobry pomysł, ponieważ klimat Tajlandii nie należy do najbardziej optymalnych dla sportowca, bardzo duża wilgotność połączona z wysoką temperaturą robiły swoje.

Do Bangkoku przylecieliśmy 27 sierpnia. Następne kilkanaście dni upłynęło nam na mniej lub bardziej aktywnym wypoczynku. W skrócie: zwiedziliśmy stolicę, stamtąd udaliśmy się koleją na południe, popłynęliśmy statkiem na wyspę Koh Tao, gdzie spędziliśmy tydzień, następnie wróciliśmy na kontynent, odwiedziliśmy Narodowy Park Krajobrazowy Khao Sok, po czym pojechaliśmy z powrotem na północ, w kierunku miejscowości Kanchanaburi, gdzie znajduje się osławiony Most na Rzece Kwai. Bazę noclegową mieliśmy jeszcze dalej na północ, w Nam Tok, tj. na ostatnim przystanku zachowanego do dziś odcinka trasy Kolei Birmańskiej.

Tak w Kanchanaburi, jak i nieopodal Nam Tok znajdują się bardzo ciekawe muzea opowiadające losy jeńców wojennych, którzy pod japońskim nadzorem budowali tę kolej w czasie drugiej wojny światowej.

Właśnie w Nam Tok, a dokładnie rzecz biorąc w znajdującym się w sąsiedztwie miasteczka (10 km) hotelu River Kwai Resort and Spa mieściło się biuro zawodów. Dopiero próbując dojechać na miejsce w przededniu zawodów, tj. 8 września, by odebrać pakiety startowe, uświadomiliśmy sobie, że dotarcie na start będzie albo trudne, albo dość kosztowne. Sam organizator nie udostępnił żadnych pomocnych informacji o możliwościach dojazdu (np. transportem publicznym) poza wskazaniem faktycznej lokalizacji biegu. Było to po części spowodowane faktem, iż zdecydowana większość uczestników z zagranicy nocowała w hotelu na miejscu startu. Dodajmy, że o cenach na kieszeń zdecydowanie bardziej zachodniego turysty, niż polskiego.


Po pakiety udaliśmy się autobusem publicznym, który jeździł właściwie bez rozkładu, choć dość często w ciągu dnia. Zanim więc ustaliliśmy kiedy autobus nadjedzie i gdzie się zatrzyma, odbyliśmy liczne rozmowy z „lokalsami”, przeważnie posługującymi się językiem angielskim słabo albo bardzo słabo, ale za to zawsze bardzo pomocnymi i sympatycznymi.

Po przybyciu na miejsce zastaliśmy kilka namiotów kryjących biura zawodów, stoiska z ciuchami sportowymi i sprzętem. Odebraliśmy nasze pakiety, w skład których wchodziła koszulka techniczna bez ramion, numer startowy, kupon na posiłek regeneracyjny i rozmaite ulotki (oraz koszulka finishera i medal – po biegu). Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że jak na cenę (800 bahtów = niecałe 100 zł), to pakiet był naprawdę atrakcyjny.

W dzień zawodów wstaliśmy około 4 rano, słońce miało wzejść za nieco ponad dwie godziny. Sam start biegu przewidziany był zaś na godzinę 5 30. Zdecydowaliśmy się, że pojedziemy wynajętym w naszym hostelu skuterem. Niestety, a może stety, tego konkretnego skutera nie potrafiliśmy uruchomić (pomimo że wcześniej już z nich korzystaliśmy). Z pomocą przyszły nam dwie Brytyjki, które również udawały się na bieg i miały wynajęty samochód z szoferem (sic!). W ten sposób komfortowo dotarliśmy na start.


Na miejscu zastaliśmy niemal 1800 biegnących dystans półmaratonu oraz 1300 osób na „dyszkę”. Trasa półmaratonu biegła wzdłuż głównej drogi szybkiego ruchu, która została częściowo wyłączona na czas biegu, z nawrotem po 10 km. Co się rzuciło w oczy tuż przed biegiem, to zdecydowanie zbyt mała liczba toalet. Na szczęście biegacze na 10 km przepuszczali półmaratończyków w kolejce, jako że ci drudzy startowali wcześniej.

Wystartowaliśmy bez przeszkód, wokół nas biegło sporo osób, ale nie przeszkadzało nam to. Biegliśmy tempem pod Agnieszkę (ok. 7 minut 6 sekund na kilometr), mając na celu przede wszystkim ukończenie biegu. Miałem ze sobą plecak, a w nim bukłak z wodą i żele. Przez większość dystansu biegło nam się bardzo przyjemnie. Bieg umilały nam wspaniałe widoki szczytów górskich pogrążonych w chmurach, charakterystycznej azjatyckiej przyrody oraz świątyń buddyjskich, z których dobiegały odgłosy mnisich śpiewów. Na trasie organizator zapewnił w regularnych odstępach punkty z wodą, co jakiś czas był też izotonik i arbuzy (świetny pomysł !). Dopiero około 18 km Agnieszka zaczęła mieć lekkie problemy, więc nieznacznie zwolniliśmy. Na metę dotarliśmy w czasie 2:32:51

Po biegu otrzymaliśmy ładne medale i odebraliśmy koszulki „finishera”. Zjedliśmy też poczęstunek, na który złożyły się: pieczone udko kurczaka, jabłko, kanapka, jajko na twardo, sok i woda. Zdecydowanie najlepsza była jednak rozgrzewająca herbata z imbirem.


Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy zwiedzać wspomniane wyżej pobliskie muzea. Miejsca pamięci zrobiły na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza Hellfire Pass Museum, pokazane m.in. w hollywoodzkim filmie The Railway Man (który polecamy !)

Gdybyśmy mieli ocenić organizację biegu, to istotnie miała ona kilka wad, lecz zalety zdecydowanie przeważały. Pobiegliśmy w egzotycznym otoczeniu, otrzymaliśmy fajne pamiątki i jesteśmy bogatsi o nowe biegowe doświadczenie.

Podsumowując, przebiegnięcie półmaratonu w Tajlandii to niezapomniane przeżycie, godne polecenia każdemu amatorowi biegania. Mamy więc nadzieję, że nasza relacja zachęci kogoś do wzięcia udziału w River Kwai International Run 2019!



Komentarze czytelników - 3podyskutuj o tym 
 

emka64

Autor: emka64, 2019-03-08, 17:03 napisał/-a:
Bardzo ciekawa wyprawa, fajnie opisana. Aż chce się tam pojechać. Chętnie poczytam o Waszych kolejnych pozdróżach.

 

mesz

Autor: mesz, 2019-03-08, 21:56 napisał/-a:
Biegłem tam kilka lat temu i pamiętam to samo zamieszanie: gdzie właściwie jest ten bieg? I dlaczego mieszkamy tak daleko, mimo że w Kanchanaburi? Ale ogólnie wyszło całkiem miło i ciekawie. A okolica piękna.

 

neergreve

Autor: neergreve, 2019-03-15, 13:51 napisał/-a:
Dzięki za pozytywny odzew :) Mesz - jestem pod wrażeniem, byłem przekonany, że żadnego naszego rodaka przed nami tam nie było, w końcu to egzotyczny i jednak raczej niszowy bieg, miłe zaskoczenie :) A co do logistyki, to rzeczywiście sporo czasu straciliśmy na ogarnięcie tematu, uroki tej części świata ;D

 




Serwis internetowy EUROCALENDAR.INFO
post@eurocalendar.info, tel.kom.: 0512362174
Zalecana rozdzielczosc: 1024x768